Forum
 

Długa droga z Dębicy do Zabrza Pawła Bochniewicza ()

Paweł Bochniewicz ma 22 lata, regularnie gra w młodzieżowej reprezentacji Polski, ale jak sam przyznaje, jest w kraju zupełnie nieznany. I pasuje mu to. – Nie potrzebuję atencji, nikt nie pompuje balonika z moim nazwiskiem. Gdybym został najlepszym piłkarzem ekstraklasy, popularność przyszłaby sama, ale to coś pobocznego – mówi stoper Górnika. 

Wszędzie Wisłoka

Dębica, z której pochodzi, mniej więcej co dekadę daje polskiej piłce ważną postać. Stamtąd pochodzą Leszek Pisz, Artur Jędrzejczyk czy komentator Mateusz Borek. „Ambasadorem” lat 90. może być Bochniewicz, urodzony w 1996 roku, gdy czasy świetności tamtejszej Wisłoki już przemijały. Pół roku wcześniej spadła do starej III ligi, po czterech sezonach na zapleczu ekstraklasy. W tamtej „wielkiej” Wisłoce grał jego ojciec, a miłość do klubu przeszła z ojca na syna. Przy kluczykach do samochodu Pawła wisi breloczek z logiem dębickiego klubu. Na tylnym siedzeniu – kalendarze Wisłoki.

Piotr Bochniewicz zaliczył występ w II lidze w sezonie 1991/92. Do ekstraklasy nie dotarł. Syn, który w piątek zadebiutował w Górniku, już go przebił. – Tata zawsze chciał, żebym został piłkarzem. Wydaje mi się, że patrząc na mnie dziś, żyje trochę własnymi marzeniami sprzed lat. Naprawdę zna się na piłce. W niedzielę potrafi od 8 do 23 siedzieć przed telewizorem i oglądać chyba wszystkie ligi świata – śmieje się Paweł.

Droga Bochniewicza-juniora do ekstraklasy zaczęła się w Dębicy, przy ul. Matejki, na boisku przewrotnie nazywanym „Polaną”, bo o trawę było tam trudno. Piłkarz dziś o głowę wyższy od większości ligowców (ma 194 cm), jako brzdąc biegał między chłopakami starszymi nawet o osiem lat. – Byłem typową zapchajdziurą. Zawsze najmłodszy – wspomina. Marzył o grze w ataku. Na półkach do tej pory trzyma statuetki dla najlepszego strzelca turniejów halowych z podstawówki czy początków gimnazjum. – A potem: bum! Urosłem – opowiada, głośno klaszcząc w dłonie. – Tata był stoperem i defensywnym pomocnikiem. „Zobaczysz, będą cię spychać do tyłu” – powtarzał. I tak było, aż dotarłem na środek obrony – wspomina.

Wisłoka, w której zaczynał, była typowym, biednym prowincjonalnym klubem. Bywało, że koszulki na turnieje załatwiał ojciec jednego z chłopców, księgowy. W regionie rządziła Stal Mielec. Tam warunki do rozwoju były najlepsze i tam trafił młody Bochniewicz. Drużyna jego rocznika biła rywali nawet w lidze dla rok starszych.

Zabrali mu rodaka

Wkrótce przyszedł czas na kolejny krok: zagraniczny wyjazd. Wybór padł na włoską Regginę. – Podjąłem decyzję w wieku 15 lat i dziś zrobiłbym to samo. Nie chciałem iść do bardzo wielkiego klubu typu Roma czy Juventus, bo tam przebija się jeden na milion. W Regginie czy Empoli, które też mnie chciało, łatwiej to zrobić – zauważa.

Zamieszkał w internacie, w pokoju z Adrianem Liberackim. Starszy rodak trafił do Reggio di Calabria rok wcześniej i znał już włoski, co okazało się dla „Bochena” przeszkodą w nauce. – Wygodnie mi było posłużyć się nim, żeby coś przetłumaczył. Po miesiącu nas rozdzielili i zacząłem przyswajać język trzy razy szybciej – przyznaje. Klub załatwił mu lekcje z Polką, która przyjeżdżała do niego codziennie i dzień w dzień, po dwie godziny, wbijała mu do głowy słówka. Tak skutecznie, że później był nawet kapitanem młodzieżowej drużyny Udinese (przeszedł tam za ponad milion euro). – To był bardziej wybór trenera, ale szatnia to popierała. Nie mam potrzeby grać z opaską, ale jeśli ją dostanę, to miłe. Dowartościowuje. Na środku obrony i tak trzeba mieć osobowość i respekt w drużynie, podpowiadać. Boisko i to, co poza nim, to dwie różne rzeczy. Można być debilem, a jednocześnie najinteligentniejszym piłkarzem na świecie. I w drugą stronę, ze stopniem doktora nie umieć na boisku myśleć – twierdzi.

W Serie A ani Primera Division (dwa lata był wypożyczony do Granady) nie zadebiutował, ale sprawa jest otwarta, latem może wrócić do Udine. Skoro przyszedł czas sprawdzić się w ekstraklasie, Górnik był naturalnym wyborem, pomimo zainteresowania innych klubów. W Dębicy kibicuje się zabrzanom, Wisłoka i „Żabole” mają zgodę. Bochniewicz mieszkał na kibicowskim osiedlu, kilka razy był nawet na meczach swojego dzisiejszego klubu.

źródło: Przegląd Sportowy



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2019 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera] online