Forum
 

Bogdan Zając: Od małego byłem profi i tak już zostało...

- Wielu młodych trenerów, którzy ukończą pierwsze kursy, od razu opowiada, że chcieliby pracować samodzielnie. Popracują chwilę i przekonują się, że to nie takie proste, brakuje doświadczenia i popełnia się wiele błędów. Sztuką jest pracować na wysokim poziomie. Zbyt dużo mamy do zrobienia z trenerem Nawałką, bym już teraz myślał o samodzielnej pracy. Trzy i pół roku u boku trenera to olbrzymia nauka i doświadczenie, jakiej nie ma za sobą wielu trenerów, którzy wskoczyli na głęboką wodę i sobie nie poradzili, a dziś ich już nie ma. Do wszystkiego trzeba dojrzeć - opowiada asystent Adama Nawałki, Bogdan Zając w obszernej rozmowie z Weszło.

Ma pan bardzo stresującą pracę?
- Chętnie bym się zamienił z tymi, którzy nadal są na boisku. Tam stres można łatwiej rozładować. Jak stoisz z boku, musisz to w sobie często dusić. Pół żartem, pół serio, nieraz uderzę głową w ławkę. Przez cały mecz człowiek gra z nimi poprzez gadanie, ale wszystko z człowieka schodzi dopiero godzinę-dwie po meczu.

Może tak duży stres wynika z… osoby Adama Nawałki. Andrzej Iwan twierdzi, że ten trener wymaga od swoich asystentów nawet więcej niż od zawodników i czuje misję, by ich edukować.
- Mogę potwierdzić, bo pracowałem z trenerem jako piłkarz i teraz jako jego prawa ręka. To był dla mnie przeskok jako piłkarza na trenerski uniwersytet. Praca na najwyższym, europejskim poziomie. Nie ma czasu na refleksje, liczy się praca. Wie pan, czym imponuje mi trener Nawałka? Że kiedy pojawiają się w prasie informacje mówiące o jego zwolnieniu, to jest konsekwentny w swojej pracy. Nie poddaje się sugestiom, odcina się od spekulacji i niczego nie zmienia. Napędza go to jeszcze bardziej. Dzięki temu zawsze wychodzi z opresji. Fantastycznie bardzo szybko wszystko analizuje. Lata gry i pracy, setki godzin na stażach w różnych miejscach dały mu ogromne doświadczenie i przemyślenia. A trener nie należy do tych, co chociażby na chwilę stanęli w miejscu. Cały czas energia i chęć pracy na jak najwyższym poziomie.

Jako asystenci też macie tak „przewalone” jak zawodnicy?
- Nie rozumiem słowa „przewalone” w piłce. Piłka musi być pasją i cieszyć! Jak tego nie czujesz. to nie masz szans robić wielkich rzeczy. A jak do nich dochodzisz to wiesz, że było warto. Powiem tak: mimo że dzisiaj jestem „pół kaleką”, nie zamieniłbym ani minuty z tego, co przeżyłem jako piłkarz. Setki litrów wylanego potu, ból, łzy, cierpienie… Ludzie, którzy tego nie przeżyli, tego nie znają. Widzą tylko te 90 minut meczu i albo pochwalą, albo ponarzekają, a to jest tylko mała cząstka tego, co to znaczy piłkarz.

Dlatego mówię: przewalone w cudzysłowie.
- Domyślam się, ale takie wypowiedzi są źle odebrane poprzez media i czytelników. Dla mnie nie istnieje pojęcie „przewalone”. Wiemy, jaki jest trener Nawałka – poświęca się maksymalnie każdemu zawodnikowi i trenerowi. Nie ukrywamy, że jest to ciężka robota, ale żeby do czegokolwiek dojść, trzeba się poświęcić. A jeśli komuś coś takiego nie odpowiada, to my nikogo do niczego nie zmuszamy – może trenować z boku ale pociąg mu szybko odjedzie! Jeżeli zawodnik narzeka, że nie może pogadać na treningu, że trener krzyczy za głośno to nie ma problemu – zawsze może zrezygnować i poszukać innej opcji. Nie rozumiem zawodników, którzy po wyjeździe za granicę opowiadają jak tam się zapieprza… To ja pytam: dlaczego tu się opieprzałeś? Samemu sobie robisz krzywdę! Wynik, który osiągnęliśmy, nie jest owocem przypadku, tylko mozolnej ciężkiej pracy od rana do wieczora, a w przypadku nas – szkoleniowców – także w nocy.

Trener Nawałka lubi dzwonić do asystentów o późnych porach.
- Kiedy po meczach, treningach rozjeżdżamy się do domów, umawiamy się przed snem, koło jedenastej-dwunastej i dyskutujemy przez kilkadziesiąt minut, bo jest wiele spraw do omówienia. Takie mamy standardy.

Asystent czuje, że nie jest marginalizowany.
- Wszyscy mają jeden cel , a siłą naszego zespołu jest sztab, który ciągnie wózek w tę samą stronę. Trener zawsze powtarza: „team behind the team” i namawia nas, byśmy sami się rozwijali, jeździli na staże i szkolili się też poza pracą. Robimy postępy tak samo jak zespół. Sam odpowiadam za bardzo wiele rzeczy… Jestem prawą ręką trenera i wykonuję wszystko, czego on potrzebuje. Trener ma i tak tyle na głowie , że zastanawiam się, kiedy on to wszystko ogarnia. Ja mam swoja działkę, którą staram się organizować. Chociażby młodzież na trening, co nie jest takie proste, bo ci chłopcy się uczą, trzeba po wszystkich podzwonić, skontaktować się z ich trenerem, by załatwił zwolnienia ze szkoły, bo często trenujemy w godzinach porannych. Wszystko trzeba organizować, załatwiać, korygować, by było dopięte na ostatni guzik. Ja odpowiadam za organizację tych wszystkich rzeczy wokół zespołu, a trener to nadzoruje. Potem analizy przeciwników, praca w domu, obserwacje. To wszystko pochłania sporo czasu. A do tego dochodzi dom, żona, dzieci. Zawsze mnie wspierają, starają się być blisko i pomagać w tych najtrudniejszych momentach.

No i te słynne indywidualne treningi, o których każdy wspomina, opowiadając o Nawałce. Iwan opowiadał, że za jego czasów bardzo dużo czasu poświęcano Marcinowi Baszczyńskiemu, by poprawił grę lewą nogą, a ostatnio choćby Arkadiuszowi Milikowi.
- No i popatrzmy teraz na Baszczyńskiego… Dziś ta jego lewa noga jest na bardzo wysokim poziomie, bo wykonał nią dodatkowo setki uderzeń. W Górniku prowadzimy takie zajęcia ze wszystkimi zawodnikami. Zresztą, po każdym treningu 80-90% piłkarzy zostaje z własnej woli. Sami automatycznie rwą się do roboty, przez co zajęcia nieraz trwają ponad dwie godziny. Czasem nawet musimy ich zaganiać do szatni. Tym bardziej, kiedy pada deszcz, boisko jest grząskie i łatwo przeciążyć niektóre partie mięśniowe. A nawiązując do Arka, to jest wzór dla młodego pokolenia! Jemu nigdy jeszcze nie było za dużo. On pracę nad sobą połyka w biegu.

Leszek Pisz opowiadał na „Weszło”, że wykonywał już po treningu tyle rzutów wolnych, że dzień później ledwo chodził. Od tamtych czasów, lat 90., podejście polskich piłkarzy się nie zmieniło? Oddając kilkanaście strzałów za wiele się chyba nie nauczysz. Albo dośrodkowań - w przypadku Pawła Olkowskiego, któremu idzie to przeciętnie.
- U nas zawodnicy dużo pracują indywidualnie. Ale wracając do Pawła już teraz się cieszy, kiedy wyjdą mu perfekcyjnie trzy dośrodkowania z rzędu, bo widzi swój postęp. On cały czas podkreśla, że brak ostatniego podania jest jego mankamentem i bardzo dużo nad tym pracuje. Jeszcze przyjdzie czas eksplozji, kiedy jego dośrodkowania seryjnie będą dawały bramki. Tym bardziej, że ma się od kogo uczyć, bo na prawej stronie znakomicie wrzuca Michał Bemben, a na lewej Mariusz Magiera i Seweryn Gancarczyk. Wie pan, z czego jesteśmy zadowoleni? Że, proszę mi uwierzyć, wszyscy z chłopaków robią postęp, bo jedni strzelają, inni dośrodkowują, jeszcze inni uderzają głową. Każdy, znajdując się w sytuacji bramkowej, potrafi ją wykorzystać. Jak nie Milik lub Nakoulma, to Danch i Szeweluchin czy Przybylski po strzałach głową. Tylko przy niektórych trzeba poczekać. Jeden odpali, gdy ma 25 lat, bo wtedy jego praca się skumuluje, Michał Bemben w wieku 36 lat osiągnął u nas życiową formę - a inny w wieku 18 lat zagra w reprezentacji, jak Arek. Dlatego tak ważna jest systematyczność i cierpliwość.

Przed kilkunastoma dniami Nawałka powiedział na łamach „Rzeczpospolitej”, że Milik zostanie w Zabrzu. Gdyby trener nie wyjechał na staż do Włoch, komuś w klubie by się dostało?
- Nie, bo liczyliśmy się z tym, że prędzej czy później odejdzie. Tym bardziej, że ostatnio był na topie. Na pewno byśmy woleli żeby został jeszcze z nami. Teraz nie wszyscy pamiętają, jak jeszcze w zeszłym sezonie narzekano, że konsekwentnie na niego stawiamy, a nie strzela bramek. Ale on wykonywał kawał dobrej roboty. Wtedy nikt nie się nie spodziewał, że ten niespełna osiemnastoletni chłopak wejdzie w trening z pierwszym zespołem jak kozak i tak szybko zaadaptuje do nowych obciążeń. Kibice z trybuny wyzywali go od nieudaczników – że nie wspomnę o mocniejszych słowach – a my wiedzieliśmy, że to kwestia czasu, kiedy odpali i zacznie strzelać bramki. Nie trzeba było długo czekać, by zaczęli go nosić na rękach. Przyszedł mecz z Koroną, dwie bramki i przełamanie. A teraz jest, gdzie jest – w wiceliderze jednej z najmocniejszych lig.

A pan jak zareagował na jego transfer do Bayeru? Jedni zwiastują mu karierę Lewandowskiego, inni obawiają się, że skończy jak Klich.
- Oby poszedł drogą Roberta. Nad Klichem Arek ma tę przewagę, że przeszedł u nas szkołę życia i zbudował pewien fundament, na którym może teraz budować kolejne piętra. Mateusz wyjechał nieprzygotowany mentalnie i fizycznie, ale jeśli trafi pod oko trenera, który przygotuje go przede wszystkim mentalnie a on zabierze się do pracy to jeszcze sporo o nim usłyszymy. Chyba, że osiądzie na laurach i będzie narzekał, jak mu się to źle dzieje… Dla Milika ten skok nie powinien być aż tak drastyczny. Poza tym skoro zapłacili za niego aż takie pieniądze, to na pewno poświęcą mu sporo czasu, by przygotować go do walki o osiemnastkę lub – daj mu Boże – jedenastkę. Przez pierwsze pół roku pewnie będzie się aklimatyzował, a potem miejmy nadzieję, że np. za rok stanie się ważną postacią zespołu. Wtedy ocenimy, czy transfer był udany. Arek nie boi się pracy, dlatego ma duże szanse zaistnieć jak Robert.

Powiedział pan, że Milik przeszedł u was szkołę życia. Nawałka wypracował sobie markę trenera, który jest w stanie postawić na nogi prawie każdego piłkarza. Pierwsze przykłady z brzegu – Gancarczyk czy wspomniany Bemben.
- Coś w tym jest. Wszyscy, którzy z nami pracują, mają indywidualny tok ćwiczeń przed i po treningach. Każdy podkreśla, że rzeczywiście przechodzi pod naszym okiem metamorfozę i osiąga szczyt formy. Często dostajemy zapytania od różnych zawodników, którzy chcieliby u nas powalczyć, ale jak się dowiadują o potencjalnych zarobkach, to nie chcą w to uwierzyć. Z niedowierzaniem patrzą, ile zarabiają reprezentanci. Niestety, tak to wygląda, ale u nas chłopaki nie zwracają uwagi na zarobki, tylko na to, co chcą osiągnąć. Jak jesteś dobrym piłkarzem, to pieniądze same przyjdą. No i oni widzą to światełko w tunelu, bo z roku na rok robią postępy. Wymienił pan kilka nazwisk, ale mało kto wie, że np. Gancarczyk, przychodząc do nas, był na zerowym poziomie wytrenowania, bo chwilę wcześniej przeszedł zabieg wstawienia siatek. Zaczynał praktycznie od zera. Kończyliśmy trening, a on dodatkowo pracował z fizjoterapeutami. Jadł, trenował, spał, pracował, regenerował się, dalej pracował i spał. Tak wyglądały jego dni. Ale to taki charakter, który nigdy nie narzeka wie, co to jest praca. Wiedział też, że liczy się każda godzina i osiągnął poziom – wiem, co mówię – reprezentacyjny. A myślę, że wiosna może być jeszcze lepsza dla niego…

Środek pola też znaleźliście wśród skreślonych.
- Czy skreślonych? Każdy wyrzuca, że Iwana i Mączyńskiego skreślono w Wiśle, ale weźmy pod uwagę, że oni byli wtedy nastolatkami, a ich klub walczył o najwyższe cele. Kadra była mocna i szeroka, i dzięki temu, że poszli na wypożyczenia do innych klubów, rozwinęli się. U nas, w Górniku, jeśli ktoś nie ma szans powalczyć o osiemnastkę, to chcemy go wypożyczyć, bo rok gry w pierwszej lidze to krok do przodu. Niektórzy traktują to jako zesłanie, a my wręcz przeciwnie – sami do tego namawiamy. Weźmy Mateusza Zacharę, który poszedł do GKS-u i wykorzystał ten okres znakomicie. Łuczakowi gra w pierwszej lidze też sporo dała.

I wygrali wam ostatni mecz z Lechią.
- Tak, i dziś mogą powalczyć nie tylko o osiemnastkę, ale też o jedenastkę to od nich wiele zależy. Na początku okresu przygotowawczego to Mati Zachara grywał na dziesiątce, strzelał bramki i gdyby nie kontuzja, to pewnie on miałby szansę na grę w podstawowym składzie.

Byłoby dwa miliony euro mniej w kasie klubu.
- A może wzięlibyśmy za Matiego dwa miliony, a za Arka cztery? (śmiech) Arek mógłby zagrać bardzo dobrze na innej pozycji, bo to wszechstronny zawodnik, a jak się ma wysokie umiejętności, to zawodnik poradzi sobie wszędzie. Natomiast Mati pokazał , że warto się ogrywać na niższym poziomie po później nieco łatwiej jest wskoczyć do pędzącego pociągu.

Kazimierz Moskal opowiadał ostatnio na naszych łamach, że Wisła mogłaby rozpocząć współpracę z Niecieczą, jako swoim klubem satelickim, bo korzyść byłaby obupólna. Tak jak w przypadku Górnika i Rozwoju Katowice. W przyszłości więcej polskich klubów pewnie będzie dążyło do takiego modelu.
- Bo to jest bardzo dobry pomysł. Przed rokiem współpracowaliśmy z Radzionkowem, gdzie ogrywali się Kopacz, Otwinowski i Michalik i bardzo dobrze im to zrobiło. Dotknęli pierwszoligowego chleba i przekonali się, że nie jest tak łatwo. W Polsce wielu zawodników od razu myśli, że spokojnie poradzi sobie w Ekstraklasie, a potem życie pokazuje, że mają problem w pierwszej lub drugiej lidze. Porównajmy do Hiszpanii… Rezerwy Realu i Barcelony grają na zapleczu Ekstraklasy, a kilka innych klubów satelickich w drugiej czy trzeciej lidze.

Lepszy pomysł niż Młoda Ekstraklasa.
- Tam powinni grać szesnastolatkowie, siedemnastolatkowie, którzy są do przodu w porównaniu z rówieśnikami, a starsi w czwartoligowych rezerwach, gdzie walczyliby jak dorośli faceci. W Młodej Ekstraklasie nie ma takiego tempa i poziom jest zdecydowanie niższy. Po naszym awansie do Ekstraklasy Górnik miał problemy finansowe, apelowaliśmy do władz, aby stworzyć drużynę rezerw i mimo początkowych oporów, trener przemówił im do rozsądku. Dzisiaj wszyscy chwalą tę decyzję. Wolimy wzmacniać rezerwy zawodnikami z szerokiej kadry w okręgówce niż „młodą”, by rezerwy awansowały teraz do czwartej ligi. No i dzięki temu wszyscy utrzymują się w rytmie meczowym w trakcie sezonu. To przekłada się na wyniki, bo nie ma sytuacji, kiedy zawodnik nie gra od trzech tygodni i nagle wchodzi do I zespołu. Pokazał to ostatni mecz z Lechią, chłopaki ciężko pracowali przez całą rundę, grali w rezerwach lub Młodej Ekstraklasie, by przygotować się na ten dla nich najważniejszy mecz rundy. Warto było.

Nie obawiacie się, że poza Milikiem w tym okienku może jeszcze odejść Skorupski i Nakoulma? Coraz głośniej się o tym mówi.
- Jeżeli chodzi o te sprawy, to w sztabie robimy analizę i przedstawiamy strategię działania. My jesteśmy od trenowania i będziemy pracować z tymi, którzy będą do naszej dyspozycji. A czy ktoś odejdzie? Bierzemy wszystkie aspekty podczas analizy ,więc na takie rozwiązania też jesteśmy przygotowani, również ekonomia ma tu duże znaczenie, bo wiemy, jaka jest sytuacja w klubie. Co pół roku odchodzą kluczowi zawodnicy, więc ważne, by mieć kim ich zastąpić. Dlatego, kiedy ktoś do nas przychodzi, to przez pierwsze pół roku dostosowuje się do zespołu, a potem większość staje się ważną częścią tej drużyny. Miejmy nadzieję, że z oddaniem stadionu pojawią się nowi sponsorzy, którzy pomogą klubowi wrócić do okresu świetności.

Zrobiliście jesienią wynik ponad stan?
- 28 punktów na 45 możliwych? Straciliśmy siedemnaście (śmiech). Ponad stan to byłaby pełna pula. Szacun dla chłopaków, ale nie jesteśmy minimalistami. Wiemy, że przy lepszej koncentracji można było kilka oczek więcej dopisać. Teraz rozpoczęliśmy już przygotowania do pierwszego meczu z Piastem. Z każdym dniem tego czasu coraz mniej.

Dlaczego Adam Nawałka wybrał akurat pana na swoją prawą rękę?
- Myślę, że to pytanie bardziej do trenera. Nasze drogi, kiedy byłem zawodnikiem, schodziły się bardzo często. Nawet, gdy grałem na Cyprze i trener przyjeżdżał obserwować tam zawodników, to się spotykaliśmy. Doceniał moją pracę i powtarzał, że będziemy mieli sporo do zrobienia. Poznał mnie dogłębnie i widocznie uznał, że pasuję do jego stylu.

Może chciał „dobrego policjanta” na ławce.
- Nie, to bardzo złe określenie. Ochroniarzem tak - staramy się chronić w pewnym stopniu chłopaków, liczy się rozsądek. Wie pan, jeszcze będąc młodym chłopcem, wiedziałem, że zostanę trenerem. Wszyscy podkreślali, że mam predyspozycje, by być wodzem w grupie. Nawet jako młody piłkarz potrafiłem kierować zawodnikami bardziej doświadczonymi i to pomagało zespołowi. Zawsze od małego byłem „profi” i tak już zostało. Kiedy grałem już w Wiśle, zawsze starałem się analizować moją grę z dwóch perspektyw – swojej i trenerskiej. Dzięki temu widziałem sporo mankamentów i starałem się być krytyczny wobec własnej osoby. Do dziś żona mi powtarza, że jako piłkarz byłem zbyt krytyczny w stosunku do siebie, że nigdy z siebie nie byłem zadowolony.

Kazimierz Moskal – o co zresztą go pytaliśmy – przez długi okres sprawiał wrażenie „wiecznego asystenta”. Pan też woli działać w cieniu czy ma ambicję, by też samodzielnie prowadzić zespoły?
- Każdy ma swoje marzenia i ambicje. Wielu młodych trenerów, którzy ukończą pierwsze kursy, od razu opowiada, że chcieliby pracować samodzielnie. Popracują chwilę i przekonują się, że to nie takie proste, brakuje doświadczenia i popełnia się wiele błędów. Sztuką jest pracować na wysokim poziomie. Zbyt dużo mamy do zrobienia z trenerem Nawałką, bym już teraz myślał o samodzielnej pracy. Trzy i pół roku u boku trenera to olbrzymia nauka i doświadczenie, jakiej nie ma za sobą wielu trenerów, którzy wskoczyli na głęboką wodę i sobie nie poradzili, a dziś ich już nie ma. Do wszystkiego trzeba dojrzeć. Chciałbym być trenerem na najwyższym poziomie, by kiedyś popełniać tych błędów jak najmniej, a dzięki pracy u boku „bossa” mam szansę do tego dojść. Może za rok, za pięć lat, a może za piętnaście? O, niech się pan odwróci. Właśnie o tym mówię. To może cieszyć trenera najbardziej. Rozwój zawodnika.

W telewizji pokazują prezentację Milika w Bayerze, Zając zawiesza głos na dłuższą chwilę.

Bardziej duma czy tęsknota?
- Jedno i drugie. Obyśmy się spotkali w Lidze Mistrzów naprzeciwko siebie... Trzeba mieć marzenia.

źródło: weszlo.com



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2018 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera] online