Forum
 

Skorupski: Chcę być jak Boruc

- Chcę zadebiutować w reprezentacji Polski, a w przyszłości bronić w Anglii. I jeszcze, to już nie marzenie, bardziej ciekawość, chciałbym poznać Artura Boruca - mówi bramkarz Górnika, Łukasz Skorupski. 

Ma pan marzenia?
- Chcę zadebiutować w reprezentacji Polski, a w przyszłości bronić w Anglii. I jeszcze, to już nie marzenie, bardziej ciekawość, chciałbym poznać Artura Boruca.

Dlaczego akurat jego?
- To mój idol.

I niepokorny typ.
- Lubię takich wariatów. Myślę, że jestem do niego podobny, dogadalibyśmy się bez problemu. Jednego tylko żałuję najbardziej.

Czego?
- Sebastian Nowak, z którym trenowałem w Górniku, napisał kiedyś list do Boruca, w którym poprosił go o rękawice bramkarskie. Artur był wtedy na topie. Po kilku tygodniach Sebastian dostał paczkę z rękawicami i autografem. Też chciałem takie zdobyć, przymierzałem się do listu, ale jakoś zabrakło odwagi. Szkoda, żałuję. Czekam na debiut Boruca w Southampton, każdy jego mecz jest dla mnie dobrą lekcją.

Ma pan 21 lat, 33 mecze w ekstraklasie, w środę po raz pierwszy dostał pan powołanie do reprezentacji. Boruc w tym wieku jeszcze nie zadebiutował w lidze.
- Ale potem pięknie mu się ta kariera potoczyła. Dla mnie to najlepszy polski bramkarz, bez dwóch zdań.

Na pewno jedno was łączy – luz w bramce, bezstresowe podejście do bronienia.
- Skoro to nam pomaga, po co to zmieniać? Przed każdym spotkaniem staję w szatni przed lustrem i się mobilizuję: „Jesteś kozak, to będzie twój mecz". To mi pomaga. Potem podchodzi trener bramkarzy Jarosław Tkocz i jeszcze mnie pobudza.

Co robi?
- Zwyczajnie, trzepie mnie po pysku. Wychodzę nabuzowany i to się przenosi na boisko. Może dzięki temu nie robię głupich błędów... Co pan tak spojrzał? Aha, jasne, zdarzyły się ostatnio dwa słabsze mecze, z Rosją w młodzieżówce i z Legią w lidze. Podniosłem się po nich, zapomniałem.

Łatwo było?
- Częściej sobie powtarzałem, już nie tylko przed lustrem, ale w samochodzie czy w spożywczym, że chcę być najlepszy w lidze i nie wypada mi puszczać baboli. Tak w ogóle to lubię, jak pod moją bramką dużo się dzieje. Wtedy czuję, że żyję. Obronię jeden strzał, drugi i już wiem, że jest dobrze. Nakręcam się i układam scenariusz, że to będzie mój mecz.

A jak robi pan taki błąd, jak na początku spotkania z Legią?
- Przypominam sobie najpopularniejszą piosenkę polskich kibiców: „Nic się nie stało", czyszczę głowę ze złych myśli i gram dalej.

Zagląda pan do „Lornety z Meduzą", baru bistro, w którym wiosną pobił się pan z innymi klientami?
- Na kilometr tam się nie zbliżę. Popełniłem błąd, który już się nie powtórzy.

W sumie co innego ma pan mówić.
- Uspokoiłem się, ochłonąłem. Zamieszkałem z Weroniką, ona ma na mnie dobry wpływ.
Jerzy Machnik, pański trener z juniorów Górnika, mówił: „Łukasz jest za bardzo podatny na wpływ otoczenia.

To problem. Koledzy, środowisko... Nie da się tego połączyć, jeśli chce się rozwijać".
- Akurat w Meduzie był ze mną brat i Olek Kwiek, ale w sumie trener dobrze powiedział. Koleguję się z tymi, którzy mieli inny pomysł na życie. Nie urwę z nimi kontaktów, wychowaliśmy się razem, wiele przeżyliśmy. Ale sam wiem i oni też, że nie pozwolę już sobie na głupie rzeczy.

Osiłki chcą się jeszcze z panem sprawdzać?
- Prezes Górnika Łukasz Mazur powiedział, że jak wychodziłem do miasta, zaraz ktoś do mnie startował. Miał rację. Zagrałem parę meczów w ekstraklasie i ludzie zaczęli mnie rozpoznawać, zwłaszcza ci z Chorzowa. Spotykałem ich w Katowicach. Wiadomo, że Górnik z Ruchem się nie kochają, a oni mnie prowokowali.

Skutecznie?
- Unikam takich przygód, piłkarzowi z ekstraklasy już nie wypada. Kiedyś było inaczej. Gdy byłem trzecim bramkarzem Górnika, jeździliśmy z kolegami poszwendać się po innych miastach. Mieliśmy taką ekipę, że nikogo się nie baliśmy. Tak jak na boisku, dawałem z siebie wszystko (śmiech). Ci z Ruchu mówili, że chcą się sprawdzić, bo słyszeli, że jestem czysty żabol (określenie kibiców Górnika – przyp. red.). I dobrze słyszeli. Całe życie jestem za Górnikiem, wychowałem się na Zaborzu, dzielnicy Zabrza, gdzie miłość do tego klubu przechodzi z pokolenia na pokolenie.

Dla kibiców Górnika jest pan swój chłop.
- Wcześniej, gdy grałem w Młodej Ekstraklasie Górnika, nie znałem wszystkich w mojej dzielnicy. Bywało, że i tam coś się działo. Teraz mam luz. Ci sami, z którymi miałem spięcia, dziś mówią mi cześć. I jest fajnie. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Na Zaborzu już nie mieszkam, ale lubię tam przyjeżdżać. W barze „Trzy Kolory", całym w barwach Górnika, w centralnym miejscu wisi moja koszulka. Pamiętam, skąd pochodzę. Na meczu dzieciaków z MKS Zaborze zobaczyłem, że ich bramkarz zrobił sobie koszulkę z numerem 28. Nie z 1, jak to zwykle bywa, ale właśnie 28. Numerem, z którym gram w Górniku.

Dostaje się panu od innych kibiców za to przywiązanie do Górnika?
- W Gliwicach, żeby wyprowadzić mnie z równowagi, krzyczeli po przezwisku. Zastanawiało mnie, skąd w ogóle je znali.

Co krzyczeli?
- Kiedyś byłem taki, hmm, trochę przy kości, a tata nazywał mnie Pucuś. Jak dorosłem, to z Pucusia stałem się Puckiem. Niewielu osobom o tym mówiłem. Przezwisko znali koledzy w drużynie, niektórzy kibice i tyle. W Gliwicach w drugiej połowie miałem za plecami młyn fanów Piasta. I nagle słyszę: „Pucek, ty ch...". Do dziś nie wiem, jakim cudem się o tym dowiedzieli. W Poznaniu przyczepili się do mojej żółtej koszulki. Krzyczeli, że jestem... żółtodziób. W sumie lepsze to, niż słuchać, że Skorupski jest palantem. Bo najczęściej to wyzywają.

Nigdy nie puściły panu nerwy?
- Kilka razy kusiło, żeby pokazać wyprostowany środkowy palec, ale umiałem się powstrzymać. Jedynie w Gliwicach odwróciłem się do kibiców i pocałowałem herb Górnika na koszulce.

Dlaczego nie chciał pan jeździć na zgrupowania juniorskich reprezentacji Polski?
- Raz tylko nie pojechałem. Często zgrupowania organizowano wtedy, kiedy mieliśmy wolne. Rozumie pan, trzy tygodnie wolnego, z czego dwa trzeba było spędzić na kadrze. Akurat organizowałem osiemnastkę. Sala zarezerwowana, goście zaproszeni i co, jubilata miało zabraknąć? Spaliłem Jana przed trenerem, że jestem nad morzem i nie mogę przyjechać. Michał Globisz już mnie nie powołał.

Osiemnastka się udała?
- I to jak, kupę wspomnień zostało. Ale już spoważniałem, wydoroślałem.

No wiadomo...
- Pan nie będzie taki ironiczny. Trener Nawałka zaczął mnie przekonywać, że kadra jest najlepszym miejscem, by się pokazać. Młodzieżówkę objął Stefan Majewski i wysłał powołanie. Pojechałem i zobaczyłem, że wygląda to poważniej niż w juniorach. Chciało się tam zostać. Odkryłem, że z trenerem Majewskim nadajemy na tych samych falach. Założyliśmy się, kto zrobi więcej brzuszków. Myślałem, że trener zrezygnuje po pięćdziesięciu. W sumie ćwiczyliśmy z piętnaście minut, wyszło po trzysta brzuszków.

I kto wygrał?
- Remis (uśmiech).

Wie pan, co usłyszałem od osób pracujących w Ruchu Radzionków, gdzie grał pan przez pół roku? Że na początku to u pana były telewizory pod pachą, włosy na żel i trzy kilo złota na szyi.
- Ha, jak telewizory pod pachą? Bujanka. Tam wszyscy tak chodzili – nie było kasy, a się woziliśmy (śmiech). Normalny byłem. Po co się zmieniać, jeżeli mój sposób bycia mi pomaga. To, że układam włosy na żel? Lubię dobrze wyglądać. A złotego łańcuszka nigdy nie miałem, noszę srebrny.

Adam Nawałka mówi, że pana zdolność ruchowa jest ponadprzeciętna, niespotykana. Taki pan dostał dar od losu.
- Trochę dostałem, trochę wytrenowałem. Refleks miałem od zawsze. No, prawie. Kiedyś, jako bajtle, rzucaliśmy butelkami w ścianę. Szczeniacka zabawa. Nie zauważyłem, jak kolega rzuca, trafił mnie w głowę. Stąd blizna na czole.

Każdy, z kim o panu rozmawiam, powtarza, że Górnikowi trafił się wielki talent w bramce. Talent, który może jednak sam się unicestwić, jeżeli swojego temperamentu nie będzie trzymał w ryzach.
- W odpowiednim momencie pojawił się w klubie trener Nawałka. Złapałem u niego dyscyplinę, czasem jak na mnie spojrzy, to się go... boję. Jestem mu wdzięczny za drugą szansę po „Lornecie z Meduzą".

Mariusz Jop, z którym poznaliście się w Zabrzu, prosił, bym w jego imieniu zadał panu pytanie: „Jesteś pierwszym bramkarzem Górnika, wspaniale, ale co dalej?". Więc pytam, gdzie stawia pan sobie granice?
- Górnik jest moim ulubionym klubem, ale chcę się spróbować na Zachodzie. Mam jeszcze półtora roku kontraktu. Latem działacze będą mieli ostatnią okazję, żeby korzystnie mnie sprzedać.

To, co jest pańską siłą - pewność siebie, luz - może stać się też pana przekleństwem. Jest pan świadomy, że wszystko, bezwzględnie wszystko, zależy tylko od pana?
- I to jest w tym wszystkim najlepsze. Mogę albo pójść w górę, albo zostać tam, gdzie jestem, i za kilka lat mieć pretensje tylko do siebie. Chcę być jak Boruc. Szalony poza boiskiem, ale przede wszystkim w meczach. Ciągle pracuję nad sobą, dążę do perfekcji. Zdarzają się trudne dni, kiedy przychodzi leń. Trzeba się przełamywać.

I jak się pan przełamuje?
- Jeżeli czuję zamulenie, proszę trenera, żeby mnie obudził.

Trzepie pana w pysk?
- Nie, nie. Na rozgrzewce daje mi intensywniejsze ćwiczenia niż zazwyczaj. Powtarza też, że mam się skupić na meczu, skoncentrować. I w końcu przełamuję barierę. Wracam do szatni, staję przed lustrem i wiadomo, co mówię.

źródło: Przegląd Sportowy



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2018 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera] online