Forum
 

Rozmowa z Danielem Sikorskim, piłkarzem Górnika

- Z Legią, na razie, chyba nic nie wyjdzie. Muszę iść tam, gdzie mnie bardziej chcą, a najbardziej to chcą mnie teraz w Polonii Warszawa - mówi "Przeglądowi Sportowemu" Daniel Sikorski, napastnik Górnika Zabrze. 

› Pana tata, Witold Sikorski, chciałby widzieć syna grającego w Legii, a pewnie zostanie pan piłkarzem Polonii Warszawa.
Daniel Sikorski: - Bardzo chciałby, żebym wszedł w jego buty. Z Legią, na razie, chyba nic nie wyjdzie. Muszę iść tam, gdzie mnie bardziej chcą, a najbardziej to chcą mnie teraz w Polonii Warszawa (transfer musi już tylko zatwierdzić rada nadzorcza Górnika – przyp. red.).

› Ze zmianą klubu wiąże się jeszcze jeden problem, bo kiedyś powiedział pan, że chce w Górniku strzelić tyle bramek co Lubański.
- To nieprawda. Stanisław Oślizło tak powiedział, ale to był żart. Gdybym miał strzelić tyle co Lubański, to musiałbym się z Zabrza nie ruszać. Chociaż, jak poprawię parę elementów w swojej grze, to powinienem zdobywać więcej goli. Brakuje mi spokoju w polu karnym. W ubiegłym roku, wiosną nie grałem wcale, a jesienią też ledwo łapałem się do składu. Kiedy już dostałem szansę, to strasznie się spinałem. I z tego chciejstwa czasami mi nie wychodziło. Dlatego nie jestem jeszcze napastnikiem, który zdobywa dziesięć i więcej bramek na sezon.

› Radosław Gilewicz powiedział, że jest pan piłkarzem, który nie boi się wyzwań i kiedy pojawi się oferta, to nie będzie pan kalkulował, tylko powie „tak".
- Prawdą jest, że nikogo się nie boję. Nauczyła mnie tego Bundesliga. W Monachium widziałem wielu graczy, którzy zaczynali od zera, a teraz grają o wielkie pieniądze. W głowie mam obrazek Thomasa Müllera, który leży u masera. Miał wtedy siedemnaście lat. To była sama skóra i kości. Dziś jest jedną z gwiazd reprezentacji.

› Czego bał się pan najbardziej przyjeżdżając do Polski?
- Tego czy poradzę sobie z językiem. Stresowałem się bardzo z tego powodu, bo czasami brakuje mi słów. Bałem się, że stanę przed kamerami, i nie będę mógł powiedzieć, tego co czuję. Bałem się, co ludzie sobie o tym pomyślą. Nic chciałem, żeby ktoś powiedział: „patrzcie, pomieszkał za granicą i udaje, że po polsku nie umie gadać". A to nie tak. Umiem czytać i pisać, a jak dłużej przebywam z rodzicami, bratem i najbliższymi, to wtedy nabieram wprawy i mówię z większą swobodą.

› Pierwsza próba przyjazdu do Polski była dla pana nieudana. W trakcie testów w Śląsku Wrocław trener Ryszard Tarasiewicz nawet panu ręki nie podał.
- Tak było. Byłem na spotkaniu w klubie, a trener nawet na mnie nie popatrzył. Przyznam, że wcześniej z niczym takim się nie spotkałem. W Austrii nigdy nikt mnie tak nie potraktował, i w Bayernie Monachium ludzie również nie mieli kłopotu z podawaniem ręki.

› Paweł Strąk, piłkarz Górnika zesłany do rezerw, opowiadał kiedyś, że Austriacy są „jak dobrze zaprogramowane maszyny". Żalił się, że przez to nie ma atmosfery w szatni, a Polakowi ciężko się w tamtejszej lidze odnaleźć.
- Austriacy źle reagują na obcokrajowców. To jest mały kraj, gdzie wszystko jest dobrze ułożone, a na ulicach czysto. Oni sami tak to poukładali i z trudem przychodzi im zaakceptować, to że obywatele z innych państw przyjeżdżają do nich, na gotowe. A jeszcze jest tak, że w Austrii krąży stereotyp o Polakach, złodziejach aut itd. Mnie jednak nigdy nic złego z ich strony nie spotkało. Od małego tam żyłem, więc traktowali mnie jak swojego.

› Podobnie było w Bawarii?
- Ludzie z tego landu uważają, że w Niemczech, to oni są najlepsi. Są bardzo dumni z tego jak i gdzie żyją. O Polakach mają tam jednak całkiem niezłe zdanie. Kiedy grałem dobrze, to mój trener w Monachium mówił, że prezentuję się jak Polak. Jak byłem w kiepskiej formie, to mówił, że jestem Austriakiem.

› Nie byłoby pana kariery w Polsce, gdyby nie Austriacy i Niemcy.
- To prawda. Tam ukształtował się mój charakter. Wyrosłem w poczuciu, że człowiek jak czegoś bardzo chce, to może to osiągnąć. Nauczyłem się, że w życiu trzeba się bić o swoje, i wierzyć w siebie, w swoją wartość. Gdybym żył w Warszawie, to chyba nie byłbym tym człowiekiem, którym się stałem. W Polsce zdążyłem się zorientować, że ludzie mają inną mentalność niż Austriacy i Niemcy. Strasznie narzekają. Takim ulubionym powiedzeniem jest „stara bieda". Na zachodzie takiej postawy nie znałem. Tam stałem się zawzięty, ambitny i waleczny.

› I te cechy pokazuje pan na boisku. Czy obrońcom wychowanym w polskiej lidze to przeszkadza.
- Zdarzyło się, że rywale protestowali. Mówili, żebym się uspokoił. W Polsce jest trochę inaczej niż w Niemczech, gdzie na ostrą grę nikt nie reaguje. Tam jest to naturalne. Chociaż w meczu z Polonią Bytom pozytywnie się zaskoczyłem, bo jeden z obrońców przeciwnika trochę na mnie ponarzekał, aż w końcu podjął wyzwanie. Zaczął mnie ciągnąć za koszulkę, i było mi ciężko.

› Kto był pańskim idolem w dzieciństwie?
- Radek Gilewicz, najlepszy napastnik ligi austriackiej. Kiedyś oklaskiwałem jego akcje, a dziś on pomaga mi w karierze. Namówił mnie nawet na grę w Polsce. Ja nie byłem do tego przekonany. Myślałem, że jak już jestem w Bayernie, to Austria i Polska są dla mnie zamknięte. Jakby na to nie spojrzeć te ligi są słabsze, więc przychodząc do Polski robiłem krok do tyłu. Zrobiłem to jednak świadomie, żeby móc wykonać dwa kroki do przodu. I niczego nie żałuję. W Górniku dostałem to, czego potrzebowałem. Zaufano mi.

› Wie pan, jakim meczem kończył przygodę z polską ligą pański ojciec?
- Coś mi się kojarzy, że Legia grała z Górnikiem, więc jakaś tam kontynuacja z mojej strony jest. Niemniej ja pamiętam tatę wyłącznie z występów w niższych ligach austriackich. Dobrze wykonywał stałe fragmenty gry, był bardzo dobry technicznie. No i, z racji wieku, grał na stojąco. Pamiętam, że bardzo chciałem mu dorównać, ale jakoś mi nie wychodziło. W domu bardzo często graliśmy na małe bramki. Po jednym z takich spotkań doznałem kontuzji, która wykluczyła mnie z gry w ważnym meczu i to był koniec naszej rodzinnej rywalizacji.

› Co się stało?
- Brakowało mi jednej bramki do zwycięstwa z ojcem, ale on się nie dał. Potem powiedział mi, że nie może mi dać wygrać, żebym nie myślał, że jestem lepszy od niego. Po tej porażce byłem tak wściekły, że kopnąłem w szafę i cała stopa mi spuchła. Tata uznał, że kolejnych gierek nie będzie.

› Co można kupić za milion euro?
- Jakiś ładny domek, ale ja rozumiem, że mówimy o mojej sumie odstępnego. Tyle, że wy sami napisaliście, że jestem wart milion sześćset tysięcy złotych. Podobno, w stosunku do jesieni, podniosłem swoją wartość o osiemset tysięcy. Ja bym jednak tymi kwotami głowy nie zawracał. Czasami pisze się, że ktoś kosztuje sto milionów, a nikt nie dałby za niego pięciu.

źródło: Przegląd Sportowy



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2018 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera] online