Urodziny gwiazdy

Jerzy Gorgoń przez trzy dni obchodził w rodzinnym Zabrzu swoje 60. urodziny.
Kiedy urodził się sam pomysł? Już rok temu, kiedy Jerzy Gorgoń przyjechał na jubileusz Sparty Zabrze, ktoś stwierdził, że można za rok zorganizować temu wybitnemu przed laty piłkarzowi 60. urodziny. 

Na dobre i na złe

Ostatecznie krótko po spadku Górnika z ligi, prezydent Zabrza, Małgorzata Mańka-Szulik uznała, że jest dobra pora na zaproszenie jubilata. - Mówimy o piłkarzu wybitnym. Zabrzaninie z urodzenia, który był z klubem na dobre i na złe. Grał w finale pucharu europejskiego, spadł z ligi i po roku do niej wrócił. Nie ukrywam, że chciałam, by jego przykład podziałał na dzisiejszy zespół, który po spadku będzie walczył o powrót do grona najlepszych drużyn w Polsce - przyznała prezydent Zabrza.

Gorgoń wylądował w Krakowie w sobotę krótko po 16.00. Udał się wprost na stadion, gdzie odśpiewano mu „Sto lat” podczas muzycznego lata, cyklicznej imprezie organizowanej na terenach przyległych do stadionu Górnika. Była pamiątkowa książka, brawa i potężna ulewa, która przeszła nad stadionem. Wieczorem urządzono biesiadę na cześć jubilata, z kolei w niedzielę odbyła się msza w jego rodzinnej parafii, św. Teresy w Zabrzu-Mikulczycach i kameralny obiad w gronie najbliższych. Wczoraj Jerzy Gorgoń jeszcze raz pojawił się na stadionie przy Roosevelta, a potem zwiedził Stadion Śląski, gdzie odnosił wiele fantastycznych sukcesów.

Córka śpiewa soul

Jeden z najlepszych obrońców świata pierwszej połowy lat 70-tych przyjechał do Zabrza z rodziną. Żoną Beatą oraz dwójką dzieci, synem Markiem i córką Agnieszką. Dla tej ostatniej była to pierwsza wizyta w rodzinnym mieście ojca od chwili wyjazdu do Szwajcarii. Miała wtedy... miesiąc. Dziś uczy w szkole, oczywiście w Szwajcarii, jako hobby uprawia boks, a przede wszystkim śpiewa. - Nagrałam płytę w stylu soul. Napisałam muzykę i słowa po angielsku, pomagał mi tylko perkusista. Tytułu jeszcze nie mamy, ale cały materiał muzyczny jest gotowy - mówiła bardzo dobrze po polsku córka Jerzego Gorgonia. - Jako dziecko nie miałam pojęcia kim w kraju był tata. Nie bardzo się chwalił, byliśmy daleko od kraju. W szkole chłopcy mówili, że grał dobrze w piłkę. Szczególnie rodzice kolegów. Po latach zobaczyłam i nawet nagrałam film, który pokazywał sukcesy drużyny, w której grał tata. Fryzurę miał super - z uśmiechem mówi córka Jerzego Gorgonia. - Babcię odwiedzałam w Niemczech, rodzina mamy mieszka daleko od Śląska. Pierwszy raz przyjechałam do Polski po latach, a teraz ta wizyta... Skoczyłam do góry, kiedy ojciec powiedział o tych urodzinach. Tylu serdecznych ludzi, tyle ciekawych miejsc. Widziałam dom, w którym tata mieszkał jako dzieciak i ten, w którym mieszkałam miesiąc.

Ministrant

Syn ma pracę w Warszawie, do Zabrza przyjechała też szwagierka jubilata, Lidia Stanisławska, znana przed laty piosenkarka.- Wzruszyłam się na mszy. Ksiądz pięknie mówił o sporcie, piłce, Jurku... Prawie świętego z niego zrobili - żartując przyznała pani Lidia. - W St. Gallen raz w miesiącu chodzę w kościele z tacą, można powiedzieć, że na starość zostałem ministrantem. Mamy w kaplicy mszę dla Polaków w naszym języku, przyjeżdża około 40 osób. „Robię” za kościelnego. Zapalam świece, zbieram datki. Potem zawsze siadamy przy kawie i wspominamy - zdradza Jerzy Gorgoń. Piłkarz, którego dokonania są nieosiągalne dla większości polskich piłkarzy. Obok Grzegorza Laty, Andrzeja Szarmacha, Zbigniewa Bońka, Władysława Żmudy jest najbardziej utytułowanym zawodnikiem na arenie międzynarodowej. Finał PZP, złoto i srebro olimpijskie, trzecie i piąte miejsce na świecie... To wszystko w ciągu ośmiu lat.

Gorgoń: Niczego nie żałuję

- Sylwetka świetna.

Jerzy: Gorgoń: - Faktycznie, nie jest źle. 97 kg przy moich 192 cm wzrostu to przyzwoity wynik. Niektórych sportów już nie mogę uprawiać, piłki nie kopnąłem od lat, ale grałem sporo w tenisa. Teraz jeżdżę na rowerze, sporo z żoną spacerujemy. Trochę pływam, choć za mocny w tym nie jestem.

- Telefon z Zabrza pana zaskoczył?

- Zaskoczył i ucieszył. Naprawdę się wzruszyłem. Mieliśmy wolny weekend, zapytałem dzieciaki czy pojadą z nami. Bardzo się ucieszyły, szczególnie córka, która Zabrza i Śląska nie widziała. W St. Gallen byłaby skromna uroczystość. Grill, czerwone wino, grono przyjaciół. A tutaj tylu ludzi... Łatwiej było przyjechać, bo przestałem się bać latać. W młodości śmiali się ze mnie, że taki wielki, a czuje strach. Naprawdę potwornie się bałem, ale nie tylko ja. Jasiu Tomaszewski, Stefan Floreński... Na szczęście wtedy można było jeszcze w samolotach palić. Dziś już nie ma takiej potrzeby. Zresztą zakaz palenia w miejscach publicznych to świetny pomysł. Sam w domu wychodzę na balkon.

- Połowa pana życia to Polska i wielkie sukcesy, a połowa ciche życie w Szwajcarii. Łatwo było się przestawić?

- Faktycznie, jakby dwa inne światy, ale to był absolutnie świadomy wybór. Nigdy nie lubiłem szumu medialnego, kamer, życia na walizkach. Uznałem, że po tych kilkunastu szalonych latach wystarczy. Po wyjeździe z Polski jeszcze trzy sezony grałem. Mogłem oczywiście ukończyć kurs trenerski, zostając w piłce, ale powiedziałem „dość” i nigdy tej decyzji nie żałowałem. Szwajcaria to rzeczywiście połowa mojego życia... Kiedy zaczynałem w wieku 17 lat grać w piłkę, wydawało się, że będzie to trwało wieczność. I ta wieczność trwała raptem piętnaście lat.

- Gdyby pan miał wskazać ten jeden mecz?

- Trudne. Jak sięgam w przeszłość to mam przed oczami nie mecz, tylko pierwsze wejście do szatni Górnika. Byłem wzrostem duży i strasznie spanikowany. Lubański, Oślizło, Floreński, Szołtysik... Kogo tam wtedy nie było. A mecz? Z Anglią na Wembley. Absolutna radość, spełnienie, poczucie wielkiego sukcesu. Po wygranej z Brazylią w meczu o trzecie miejsce na świecie nie cieszyliśmy się tak jak wtedy. Wszystko było pierwsze. Myślę sobie czasami, co by się stało, gdyby tego dnia szczęście nie było jednak po naszej stronie. Może pożegnano by pana Kazimierza Górskiego, pewnie odeszłoby z kadry kilku piłkarzy.

- A tak zabrakło panu do szczęścia tylko finału mistrzostw świata.

- Zabrakło, ale nawet dziś wydaje mi się, że to byłoby za dużo nawet jak na tamten zespół. Za to fajnie, że nawet po latach możemy gdybać. Gdyby nie padało, gdyby zagrał Andrzej Szarmach. Tego, podobnie jak medalu, nikt nam nie zabierze.

- Wspomniał pan o Kazimierzu Górskim. W Górniku tym największym był Geza Kalocsay.

- Inni ludzie, ale wspaniałe osobowości. Dla pana Kazimierza najważniejsza była drużyna, atmosfera, kolektyw. On uznawał, że cała praca ma być wykonana w klubie, a te 4-5 dni do meczu to wyciszenie, taktyka, motywacja. Był w tym niepowtarzalny. Kalocsay dawał w kość. Kiedy zaczynałem to po treningu wszyscy szli do szatni, a mnie jeszcze gonił kilkanaście kółek i robił dodatkowe zajęcia. Buntowałem się. Mówiłem, że mam niższe od wszystkich stypendium, a pracuję za trzech. Ale miał rację, zrobił ze mnie piłkarza.

- Trenerom łatwo się z panem pracowało.

- Umówmy się, że tytanem pracy to nie byłem, ale też przy moim wzroście i wadze nie mogłem tak pracować jak inni. Choćby Józek Kurzeja, który jak pobiegliśmy w las to był nie do zatrzymania. Jego trenerzy zatrzymywali, ale on powoli nie potrafił. Ja na szczęście znałem skróty. Dziś trenuje się inaczej, w zależności od możliwości organizmu.

- Grzegorzowi Lacie złożył pan gratulacje z okazji wyboru na stanowisko szefa PZPN?

- Nawet w grudniu na fecie Górnika rozmawialiśmy bardzo krótko. Niewiele dziś jest kontaktów sprzed lat. Raz, spotkałem w Krakowie Adama Musiała i poszliśmy na kawę. Za to w Zabrzu jestem trzeci raz w ciągu roku. Takiej passy nie miałem od chwili wyjazdu.

- Spadek Górnika pana zaskoczył?

- Jak wszystkich. Kupiłem sobie rok temu satelitę i cały sezon byłem na bieżąco. Trzeba być pewnym siebie, ale może w Górniku tej pewności było po zimowych transferach za dużo? Nie wiem, z daleka trudno to ocenić. Teraz trzeba o spadku zapomnieć, przestawić się mentalnie i walczyć o awans. 31 lat temu, zaraz po spadku z ligi, pierwsze mecze, szczególnie wyjazdy do małych ośrodków to był szok. Przegraliśmy szybko dwa spotkania i przyszło otrzeźwienie. Nikt nie odszedł, wprowadzono do zespołu kilku młodych chłopaków i wróciliśmy po roku. Musi być pełna mobilizacja. Piłkarzy, klubu, kibiców. St. Gallen spadło przed rokiem. Potem wygrali chyba 38 spotkań i wrócili szybko do ligi, a teraz grają na nowym stadionie i tego życzę Górnikowi. Syn na urodziny kupił mi karnet na bieżący sezon i będę chodził na mecze.

- Ryszard Komornicki dwadzieścia lat mieszka w Szwajcarii.

- Nigdy się nie poznaliśmy. Wiem oczywiście, że grał w Górniku i był dobrym piłkarzem, ale trudno mi ocenić go jako trenera. Przyznam, że bardzo sporadycznie śledziłem szwajcarską ligę.

- Kiedy kolejna wizyta w kraju?

- Już nie latem. Znajomi przyjeżdżają tym razem do nas. Mamy blisko do Jeziora Bodeńskiego, ledwie kilkanaście kilometrów. Piękna okolica, cicha i spokojna, fantastyczne miejsce na odpoczynek. Może za rok, na jakiś kolejny jubileusz. Kiedyś nie przywiązywałem do tego specjalnej wagi, ale teraz ma to dla mnie znaczenie. Takie spotkania po latach... Sentymentalny się robię, nie wiem co będzie za dwadzieścia lat. Zdrowie jest, więc chętnie będę przyjeżdżał. To tylko godzina i 15 minut lotu.

źródło: Sport



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2020 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera] online