Forum
 

Oślizło bez tajemnic

Stanisław Oślizło (fot. Gazeta Wyborcza)Na świat przyszedł w niewielkiej wsi Jedłownik. Dziś jest to dzielnica Wodzisławia i nadal mieszka tam jego starsze rodzeństwo brat i siostra. 13 listopada Stanisław Oślizło skończył 70 lat. Od 1960 roku związany jest z Zabrzem. Kiedy pojawił się w Górniku miał już 23 lata, a jeszcze na początku zastanawiał się czy do Ernesta Pohla nie mówić „per pan”. Kilka lat później został kapitanem drużyny, jedną z jego największych legend, choć mogły go mieć Wisła i chorzowski Ruch. Lubański, Szołtysik, Kostka, wspomniany Pohl... To ci najwięksi. Najdłużej był kapitanem, osiem razy sięgał po mistrzostwo Polski, sześć razy po Puchar Polski. Ten ostatni zawsze podnosił w górę jako pierwszy. W drugiej połowie lat 60-tych był obrońcą klasy światowej. 57 razy zagrał w reprezentacji, przez wiele lat był jej kapitanem. Gdyby urodził się 4-5 lat później, pewnie zgrałby jeszcze na mistrzostwach świata w Niemczech. Nie zdążył. W 1972 roku odebrał Puchar Polski po „polskim” meczu wszech czasów, w którym Górnik pokonał w finale Legię 5-2 (cztery gole Lubańskiego i 30000 ludzi na trybunach). Pół roku później w ogóle nie grał już w piłkę! Występował przeciwko wszystkim największym. Pele, Garrincha, Beckenbauer, Charlton, Best, Mueller... Jego kariera nie jest dla kibica tajemnicą. Dziś jest rzecznikiem Górnika, obecnym w klubie każdego dnia. Czasami w drużynie oldbojów wychodzi jeszcze na boisko budząc nieskrywany podziw. Sylwetka, zdrowie, poczucie humoru... Takich jak on nie zostało wielu.

jca chcieli zastrzelić
- Byliśmy zamożną rodziną. Rodzice mieli 25 hektarów ziemi, tata był dobrym gospodarzem. W okolicy wszystko mieliśmy pierwsi. Jako chłopak też pomagałem w gospodarce. Wiele razy ojciec mówił, bierz konia, pług i jedź na pole. Wracało się późno wieczorem, a obok było boisko LZS. Słyszałem jak chłopcy grali tam w piłkę. Korciło bardzo... wspomina dziś pierwsza lata po wojnie. Co było wcześniej? Rodzina Oślizłów miała sporo zabudowań. Dom, stodoła, szopa... Kiedy w 1939 roku wkroczyła tam armia niemiecka, zakwaterowano u nich weterynarza. Potem pomieszczenia zajął sztab jednej z dywizji. – W domu oczywiście mówiło się po polsku, ale pod koniec wojny zacząłem chodzić do szkoły z językiem niemieckim. Nigdy nie głodowaliśmy, zawsze było co jeść. Najbardziej dramatyczne wydarzenie? Wejście wojsk radzieckich.
To była zima 1945 roku. Niemcy się wycofali, na Śląsk wkroczyła Armia Czerwona. – Teraz to oni zajęli nasz dom i zakwaterowali sztab. Na ojcu miał być wykonany wyrok śmierci... – mówi Oślizło.
Gwałty na kobietach były wtedy zjawiskiem powszechnym, a rodzice Stanisława Oślizły zatrudniali pomoc domową. – Miałem osiem lat, byliśmy w piwnicy, jakiś żołnierz chciał zgwałcić tę kobietę. Tata stanął w jej obronie. Wyzwoliciele nie znosili sprzeciwu, ojciec miał zostać rozstrzelany. Zaczęły się prośby, błagania u wyższych oficerów. Udało się, darowali mu życie. Kiedy armia wychodziła nie mieliśmy już konia, krowy, zabrali, a właściwie zjedli wszystko. Widziałem te sceny na własne oczy. Koń dostał kulą w łeb, zdzierali z niego skórę i do kotła. Tak się żywili.

Student
Ojciec Pana Staszka nie chciał, by syn kopał piłkę. Gospodarka była duża, wymagała rąk do pracy. Oślizło-junior miał jednak smykałkę do sportu. Grał w siatkówkę, uprawiał też gimnastykę sportową. Najważniejsza była jednak piłka. Rodzice pierwszy raz przyszli na mecz kiedy miał osiemnaście lat. Kolejarz Wodzisław grał z reprezentacją Śląska juniorów. – Powiedziałem tacie, że to prestiżowy mecz. Przyszli. Przegraliśmy, ale wtedy trafiłem do notesu działaczy z Katowic.
Maturę zdawał w Wodzisławiu. To wtedy poznał Helenę, rok młodszą uczennicę tej samej szkoły. Nadal jest jego żoną i największym przyjacielem. Razem są duszą towarzystwa każdej imprezy i każdego spotkania. Dziś mało kto potrafi się tak bawić.
Do Wisły Kraków poszedł... sam. Był rok 1955. 18-letni maturzysta chciał zdawać do Wyższej Szkoły Rolniczej w Krakowie. Jeszcze wcześniej zgłosił się do klubu z Reymonta. Nikt go nie przyjął. Ostatecznie został studentem pierwszego roku Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Katowicach. – I trafiłem do miejscowego Kolejarza. Wtedy zacząłem być regularnie powoływany do kadry juniorów. Miesiąc nie było mnie na zajęciach i sam uznałem, że to nie ma sensu. Zrezygnowałem ze studiów, postawiłem na piłkę. Byłem wtedy już samodzielny, rodzice pogodzili się, że będę piłkarzem.

Bilet do armii
Górnik Radlin w tym czasie to był wielki klub. Jeszcze w 1955 roku nie było oczywiste czy to Górnik z Radlina czy z Zabrza będzie „okrętem flagowym” resortu górniczego. Ostatecznie resort wybrał klub z Roosevelta, głównie z niechęci Radlina do zatrudniania piłkarz spoza najbliższej okolicy. Oślizło był jednak „swój”. Grał w Górniku cztery lata. Dwa razy w drugiej lidze, dwa razy w pierwszej. To jako gracz Radlina zagrał dwa mecze w pierwszej reprezentacji, a na ligowych boiskach spotkał się z gwiazdami Legii, Ruchu i Górnika. Dostał też mieszkanie w Rybniku.
Nie chciała go Wisła, chciała Legia. Oślizło dostał bilet do armii. Wydawało się, że nie ma najmniejszych szans na ucieczkę przed „kamaszami”. – Poszedłem do kierownika i pokazałem wezwanie. Zaczął się wyścig z czasem. Wygrany, ale po drodze sporo się działo – mówi dziś z uśmiechem. - Do Legii wzięli Brychczego czy Pohla. Ernest wrócił tak szybko jak mógł. Ja robiłem wszystko, by nie jechać wcale. Miałem już rodzinę, mieliśmy poważne plany – wspomina sytuację sprzed blisko 50 lat.
Kopalnie potrafiły wtedy uchronić piłkarzy przed armią. Tylko dlatego udało się zatrzymać najlepszych zawodników w najsilniejszych śląskich klubach. Takie proste to jednak nie było. Legia nalegała, do kopalni miesiąc przychodził odesłany żołnierz sprawdzając, czy obywatel Oślizło faktycznie pracuje w kopalni. – Przez miesiąc zjeżdżałem pod ziemię o 6.00. Pracowałem jako mierniczy, przy wydobyciu. Koło 11.00 byłem już na powierzchni i szedłem na trening. Armia odpuściła, mogłem wrócić do gry.

Cicha go nie chciała
W 1959 roku Oślizło był już gwiazdą. Jak sam twierdzi, Pogoń Szczecin oferowała kapitalne warunki. Było jednak daleko. On sam chciał grać w Ruchu Chorzów. – Miałem już wtedy używanego Moskwicza. Pojechałem na Cichą i nic z tego nie wyszło. Przyjął mnie jakiś magazynier, odesłał do niby-członka zarządu, a ten stwierdził, że nie bardzo może pomóc. Kazał przyjechać w innym terminie. I pojechałem do Chorzowa, już jako gracz Górnika.
Zabrzanie byli już mistrzem Polski, pierwszą siłą polskiej piłki. I też zauważyli, że w Radlinie gra zdolny obrońca. Wzięli już Oślizłę na turniej do Niemiec i Holandii. Był to z końcem 1959 roku. Trener nie dostał wizy, zespół do gry wystawiali starsi piłkarze, na czele z Pohlem. Oślizło wypadł dobrze, Górnik zdecydował się na jego sprowadzenie. – Radlin był obrażony, na krótko mnie zawiesili, ale byłem zdecydowany, choć wszyscy wokół... odradzali. Co mówili? W Górniku piją, sprowadzą cię na złą drogę, nie masz szans grać przy Floreńskim... Dostałem mieszkanie na ulicy Reymonta. Z piecem, piwnicą i 25 tysięcy w ratach za zagospodarowanie. Urodziła się córka Mirka i zaczęliśmy nowy, piękny okres naszego życia.

Z Lubańskim w pokoju

Górnik i kadra to opowieść na książkę. Bramki, tytuły, wyjazdy... To kibic widział. Życie towarzyskie zabrzan? Na początku rządzili drużyną Ernest Pohl, Hajduk, Gawlik, Olejnik... - Lubili wypić, umieli się bawić, ale to bzdura, że pijani wychodzili na boisko i znajdowano kogoś przed meczem w rowie. W poniedziałki mieliśmy odnowę na basenie w Zabrzu. Tam mieli swój kącik i młodzież się dorzucała. Na treningach i meczach byli jednak zawsze w formie. Młodzi, czyli Szołtysik, Wilczek, Kostka czy ja nie palili i nie pili wcale. Wyjątki? Wyjazdy na zimowe zgrupowania do Ameryki. Tam była ciągła zabawa, na mecze dowozili nas samochodami z bankietów. Polonia nas rozchwytywała, zapraszała na bankiety i do swoich domów, do kieszeni wsadzali pieniądze. Kto przywoził najwięcej? Taki młody chłopak, ulubieniec całej Polski, czyli Włodek Lubański. Był ze mną w pokoju, wiedzieli, że będę go pilnował. Sparingi i gry towarzyskie czasami poprzedzała zabawa, ale nie mecze ligowe i pucharowe. To Oślizło strzelił jako jedyny Polak gola w finale PZP, przegranym przez Górnika w 1970 z Manchesterem City. Dziewięć lat wcześniej grał też w pierwszych meczach zabrzan w Pucharze Europy z Tottenhamem. W Chorzowie 100 tysięcy ludzi przecierało oczy. - Było już 4-0 dla nas, a byłoby 6-0. Wtedy znokautowali Musiałka i Kowalskiego. Kończyliśmy w "9", wygraliśmy 4-2. Już na bankiecie w Monopolu, gdzie dziś mieszka Belgia, pokazywali nam, że w rewanżu strzelą dziesięć goli.

Górnik w Londynie przegrał 1-8, na 1-3 trafił do siatki Pohl. - Trenowaliśmy w parku, nie wpuścili nas na stadion. W tunelu walili w ściany, kopali, warczeli... Nie wiedzieliśmy co się dzieje. Padał deszcz, a oni jeszcze lali boisko. Porządne buty miało może dwóch z nas, reszta jakieś poklejone... Ślizgaliśmy się, a oni toczyli wojnę. Dziś taka gra nie ma prawa przejść, wtedy sędzia przymykał oko na wszystko. Zostaliśmy zmiażdżeni.

"Kelner w niemieckiej firmie"

Karierę kończył na początku 1973 roku. Rok po finale olimpijskim w Monachium, w roku Wembley i awansu do MŚ w Niemczech. - Po jesieni byliśmy liderem. Zimą mieliśmy lecieć do Ameryki Południowej. Mierzyliśmy garnitury, poszedłem jako jeden z ostatnich i nagle słyszę, "Panie Staszku, ale pana nie ma na liście". Pomyłka? Trenował nas Jasiu Kowalski i poszedł z listą graczy na wyjazd do prezesa Wiry. Usłyszał: - Co tu robi Oślizło. Jeszcze mu mało na dachówki domu w Szczyrku! I taki był koniec mojej gry.

Tym samym Oślizło w listopadzie 1972 roku zagrał przeciwko Lechowi (3-0) swój ostatni, 296 mecz w lidze. - Nie wyjechałem już za granicę, wybrałem zaległy urlop i dostałem pracę. Znajomy Erwin Gedler, który reprezentował niemiecką firmę działającą w branży górniczej zrobił mnie menedżerem. Jeździłem po kopalniach, sprzedawałem pompy górnicze. Płacił w markach i złotówkach, miałem samochód służbowy i urlop w kopalni. Nieszczęście zaczęło się kiedy jakiś kapuś zauważył mnie na Targach Poznańskich. Wezwanie do kopalni, tam nazwano mnie kelnerem w niemieckiej firmie, zrobił się skandal. Zniknąłem na pewien czas z gazet, nikt ze mną nie rozmawiał. I miałem zgłosić się natychmiast do pracy w kopalni Szczygłowice. Zjazd o 6.00, pobudka o 4.00, pracowałem w BHP. O przeniesieniu do Zabrza nie było mowy, dyrektor tylko rozkładał ręce. Kilka miesięcy później miałem jednak wypadek samochodowy w drodze do pracy. Nic groźnego, ale... Żona powiedziała "idź do lekarza, powiedz, że masz bóle głowy". Położyli mnie w szpitalu, lekarz stwierdził, że dojazdy nie są wskazane i ostatecznie przenieśli mnie do kopalni Pstrowski. Tam zostałem oddelegowany do pracy w Sparcie Zabrze jako drugi trener. Miałem 36 lat, zaczął się nowy okres w moim życiu...

Górnik - lider po jesieni - mistrzem w 1973 roku nie został. Był w lidze czwarty. Odszedł Oślizło, skończył się klub klasy europejskiej. Na dawne salony Górnik - poza latami 85-88 - nie wrócił już potem nigdy.

źródło: Sport



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2018 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera] online